Wydaje się, że najłatwiejsza odpowiedź na powyższe pytanie to: na płocie, wzdłuż granicy działki. Można powiedzieć jednak, że tak do końca prawa własności do nieruchomości nie są całkowicie prawami rozłącznymi i jednak na siebie zachodzą szczególnie w bliskim sąsiedztwie.
„Wolnoć Tomku w swoim domku” mówi stare polskie przysłowie, które dla stosunków własnościowych było prawdziwe, gdy odległość między siedzibami liczyć można było w kilometrach. Dziś, gdy na metr kwadratowy gruntu przypada nas coraz więcej na własność okazuje się być prawem zazębiającym się z podobnym prawem innych ludzi i właściciel ma coraz częściej ograniczoną swobodę decydowania co zrobi ze swoją własnością. Czy słusznie? Wydaje się, że przy tak silnym zaludnieniu nie unikniemy ograniczeń. Trudno przecież zaakceptować brak zgody któregoś z mieszkańców wspólnoty mieszkaniowej na poniesienie kosztu reperacji dachu bo akurat ten właściciel mieszka na parterze i przeciekający dach mu nie przeszkadza. Nawet przy zabudowie jednorodzinnej nie jest obojętne żadnemu właścicielowi, co się dzieje na sąsiedniej posesji. Nikt nie życzy sobie, aby jego parterowy dom został obudowany wokół wieżowcami, a nawet kilku piętrowymi budynkami. Wartość nieruchomości w sporej mierze zależy również od tego co dzieje się wokół niej, jak jest zabudowane i zasiedlone otoczenie.
Nowelizacja prawa budowlanego znosząca pozwolenia na budowę miała uprościć proces inwestycyjny i ułatwić inwestorom budowanie. Ale oprotestowali te zmiany urbaniści obawiając się, że bez pozwoleń mogą być zagrożone interesy i prawo własności właścicieli nieruchomości sąsiednich. Jeżeli sąsiedzi chcieliby swoich praw bronić będą musieli robić to za swoje pieniądze w powolnych sądach, które, niewykluczone, przyznają im rację, ale w już w realnym cieniu bezprawnej inwestycji. Stąd i wystąpienie RPO do Prezydenta RP, aby rozważył czy aby tak sformułowane prawo budowlane nie łamie Konstytucji, a konkretniej konstytucyjnej ochrony prawa własności osób trzecich. Prezydent przychylił się do wystąpienia RPO i ustawę odesłał do Trybunału Konstytucyjnego.
Lament inwestorów na tę okoliczność nieco przycichł bo koniunktura inwestycyjna mocno osłabła i inwestycje wstrzymuje się bez nacisku osób trzecich. Na rozstrzygniecie Trybunału Konstytucyjnego trzeba czekać. Jest duża szansa, że Trybunał dostrzeże zagrożenie zliberalizowanego prawa budowlanego. Nie byłoby jednak tego problemu, gdyby plany zagospodarowania przestrzennego powstawały wszędzie tam gdzie planuje się inwestycje. Te plany mogłyby solidnie ograniczyć spekulacje nieruchomościami, urealnić ceny gruntów i pogodzić wiele sprzecznych interesów, a przede wszystkim wprowadzić ład w przestrzeni. Pozostaje jednak pytanie, czy uda się wprowadzić uproszczenie procesów inwestycyjnych właśnie poprzez plany zagospodarowania przestrzennego, czy raczej liberalizację wymagań stawianych przez te plany i prawo budowlane.
Krystyna Milewska